O granicach umysłu, potworach myśli i sztuce pozostawania poza sobą
Czy tak zwane „wyjście z własnej głowy” jest w ogóle możliwe? To pytanie, które intryguje mnie od dawna, i być może nie tylko mnie. Na pierwszy rzut oka wydaje się ono proste: wystarczy przestać myśleć o sobie, wyciszyć wewnętrznych niszczycieli w postaci oszusta, poganiacza, krytyka i sabotażysty i już. Tylko jak to zrobić i czy to w ogóle działa? I co właściwie znaczy wyjść z własnej głowy – dokąd miałoby się wyjść? W stronę czego się obrócić, żeby nie zawrócić. Żeby po chwili nie rzucić się znowu w dobrze znane, choć ciasne wnętrze własnych myśli? Czy da się pozostać na zewnątrz, nie wpadając w spiralę analizy, rozkmin i lęków? No i wreszcie – jakie potwory czają się w głowie, które tak bardzo chcę ominąć, uciszyć, zostawić za sobą?
Wyjście z głowy – czy to w ogóle możliwe?
Pierwsza warstwa tego pytania wydaje się dotykać samej natury ludzkiego umysłu. Przecież myślenie jest czymś, co się przydarza nieustannie [chociaż czasem można mieć oczywiście wątpliwości], nawet jeśli tego nie chcę – myśli krążą, pojawiają się, narzucają się, czasem szepczą, a czasem wrzeszczą. Bywa, że próbuję się od nich odseparować, zająć czymś ręce, pogrążyć w działaniu, rozmowie, ruchu, sztuce czy nawet w pracy, ale i tak gdzieś tam pod powierzchnią te myśli bulgoczą, mruczą, rozgryzają ślady po dawnych zdarzeniach albo wyświetlają zapowiedzi przyszłych katastrof. Czarne myśli malują świat na czarno.
No więc, czy wyjście z własnej głowy jest możliwe? Chyba raczej powinienem zapytać o to – czy jest możliwe przynajmniej chwilowe opuszczenie tego zaklętego labiryntu? Bo że nie da się z niego wyprowadzić raz na zawsze? Gdy patrzę na moje życie to okazuje się, że prędzej czy później wracam do środka, znowu słucham tego jęczenia, nawet jeśli czasem udaje się je przyciszyć nieco.
Dokąd właściwie wyjść?
Ale nawet jeśli uznam, że da się, choć na moment wyjść z głowy, pojawia się drugie pytanie – dokąd miałbym wyjść? Ku czemu skierować uwagę? Chodzi chyba o to, by znaleźć coś, co naprawdę mnie pochłonie, wciągnie całą uwagę. Rzeczywistość, w której mój udział będzie pełny, żebym nie miał przestrzeni na analizowanie własnych stanów. Własnego samopoczucia.
Niektórzy mówią, że sensem wyjścia z głowy jest wejście w „tu i teraz”, skupienie na tym, co się dzieje wokół: na dźwiękach, zapachach, rozmowach z innymi osobami, na czystym doznaniu chwili. Praktyki uważności, medytacja, sport, sztuka – to wszystko są próby wyjścia z głowy w stronę świata, w którym myśli przestają być głównym bohaterem. No i ja to szanuję []. Tylko że u mnie to nie działa.
A może chodzi nie tyle o to, by wyjść, ile by wejść w coś większego ode mnie. W relacje, w pracę, w opiekę nad kimś, w misję czy pasję, która wciągnie mnie całego? Czasem zdarza się, że wystarczy przypadkowa rozmowa z nieznajomą osobą, czasem zrobienie czegoś dla kogoś innego, czasem zanurzenie się w naturze. Wtedy nie czuję się już centrum świata, tylko jednym z jego elementów. Może wtedy moja głowa przestanie być więzieniem, a stanie się tylko jednym z okien, przez które mogę spojrzeć na świat? No i git. Ale…
Jak nie wracać do głowy?
No dobrze, zakładając, że choć na chwilę udało mi się wyjść z głowy, jak w tym pozostać? To jest chyba najtrudniejsze. Przecież stare nawyki wracają, a myśli mają w zwyczaju gromadzić się na nowo, jak chmury. Można próbować je ignorować, przepędzać, zajmować się czymś innym, ale one wracają – cicho lub robiąc sporą zadymę.
Może jedynym sposobem jest zaakceptowanie, że wracanie do własnej głowy jest częścią bycia człowiekiem? [U!] Może należy trenować, ćwiczyć się w wychodzeniu? Przez praktykowanie wdzięczności na przykład. Oczywiście nie ma gwarancji, że nie wpadnę znowu w stare koleiny myślenia. I może właśnie w tym tkwi sens – nie w tym, by raz na zawsze się uwolnić, lecz by umieć zauważyć, kiedy wracam, i próbować znowu wyjść? Może to jest proces, który powtarzając się wielokrotnie uczy raczej tańczyć niż zwiewać? Sporo tych znaków zapytania tu wyszło.
Co dzieje się w mojej głowie, gdy w niej zostaję?
Skoro tak trudno wyjść z głowy, to warto zapytać [albo i nie]: co się dzieje, kiedy w niej zostaję. Bo przecież to nie jest tylko kwestia myślenia – to też kwestia emocji, lęków, wyobrażeń, wspomnień, czasem obsesyjnych powtórzeń [oj obsesyjnych]. W głowie potrafią dziać się rzeczy piękne – pojawia się kreatywność, pomysły, poczucie bezpieczeństwa, przewidywanie przyszłości. Ale potrafią się też budzić potwory. Moje potwory chyba nawet nie zasypiają. Jakie to potwory?
Potwory z głowy – czym się karmią?
W głowie, tej nieograniczonej przestrzeni, gdzie nie obowiązują prawa fizyki, a czas i logika…ehhhhhhhhhh. Tutaj trwa życie wewnętrzne, z całą swoją strukturą i hierarchią.
- Lęk – Karmiony jest wyobrażeniami o tym, co może pójść nie tak. Lubi podszeptywać scenariusze katastroficzne, powtarzać wciąż te same obrazy porażki, wstydu czy odrzucenia.
- Perfekcjonizm – Nigdy nie jest zadowolony, ciągle podnosi poprzeczkę, szepcze: „to jeszcze nie wystarczy, to mogło być lepiej”. Skupia się na wadach, niedociągnięciach, potknięciach.
- Porównywanie się – Bierze mnie za rękę i prowadzi przez galerie cudzych sukcesów, zestawia moje życie z życiem innych osób, zawsze na moją niekorzyść.
- Przeszłości – Przypomina błędy, wstydliwe momenty, żale. Umie odtwarzać sceny sprzed lat w jakości wyższej niż najnowsze kino.
- Przyszłości – Nakręca się na tym, co będzie, co może się nie udać, na lęku przed tym, co nieznane.
- Bezczynności – Mówi: „nie ruszaj się, nie próbuj i tak się nie uda”, zalewa mnie poczuciem niemocy.
Kiedy przejmują kontrolę nad całą głową, wtedy zaczynają się dziać rzeczy trudne: pojawia się lęk, smutek, złość, poczucie osamotnienia, paraliż decyzyjny.
Co zrobić z potworami?
Może wyjście z głowy nie polega na tym, żeby te potwory unicestwić? Może chodzi o to, by nauczyć się z nimi rozmawiać, nie dawać im całej sceny, ale też nie wypierać ich za wszelką cenę? Może chodzi o to, by czasem posłuchać, o czym szepczą, ale nie brać ich słów za całą prawdę o sobie? Ale trzymać mocno za mordę i na łańcuchach!
Być może wyjście z głowy to raczej umiejętność przebywania poza nią na tyle często, na ile to możliwe, a kiedy już trzeba wrócić, to umieć na nowo zająć się światem wokół – nie tylko tym, co wewnątrz. Może być.
No to jak wychodzić z głowy?
Tego raczej każdy musi się nauczyć na własny sposób. Nie ma [ja nie znam] jednego przepisu, nie ma [ja nie znalazłem] cudownego rozwiązania. Ale można używać różnych technik i szukać tych, które rzeczywiście pozwalają na chwilę uwolnić się ku życiu.
- Uważność – Skupienie na oddechu, dźwiękach, fakturach, zapachach, na tym, co dzieje się tu i teraz. To chyba najtrudniejsze.
- Ruch – Sport, taniec, spacer, pływanie – cokolwiek, co wciąga ciało i pozwala zapomnieć o głowie. Dobra – pozostańmy przy – spacer!
- Kreatywność – Sztuka, pisanie, muzyka, malowanie – pozwalają wyjść poza siebie, choć na chwilę. Pozwalają.
- Relacje – Rozmowy, bliskość, pomaganie innym osobom, bycie z innymi ludźmi. To też trudne, bo głowa izoluje.
- Praca – Zaangażowanie w coś, co pochłania uwagę i daje poczucie sensu. Ok. To potrafię.
- Kontakt z naturą – Przebywanie w lesie, nad wodą, na wietrze – tam głowa stygnie i uspokaja się. Stygnie to pewne.
Trzeba eksperymentować, próbować, patrzeć, co przynosi ulgę, a co pogłębia zamknięcie w sobie i coś wybrać.
Czy w ogóle warto próbować wyjść z głowy?
Może wyjście z głowy nie jest celem samym w sobie. Może chodzi o równowagę – o to, by umieć korzystać z własnych myśli, ale też nie dać się im pochłonąć. By być i w środku, i na zewnątrz. By wiedzieć, kiedy trzeba zatopić się w analizie, a kiedy lepiej wyjść na spacer, porozmawiać z drugą osobą albo po prostu popatrzeć na niebo. Szczególnie gdy z tej analizy pozostaje jedynie anal- a pomysły rzeczywiście z dupy.
Może najważniejsze jest, by nie bać się powrotów do własnej głowy i nie oczekiwać, że uda się ją opuścić raz na zawsze. Oczekiwanie zawsze jest źródłem rozczarowania. Ważne jest raczej, by wiedzieć, że wyjście z głowy jest możliwe, choćby na moment, i że to wystarczy, by nie zwariować. YEA!
Podsumowanie
Wyjście z własnej głowy to sztuka przełączania się między tym, co wewnętrzne, a tym, co zewnętrzne. To umiejętność dostrzegania potworów, które tam mieszkają, i niepozwalanie im na całkowitą dyktaturę. To wybór – powtarzany codziennie, czasem co godzinę – by żyć nie tylko w głowie, ale i w świecie. To taniec, a nie walka. To świadomość, że sama próba wyjścia jest już aktem odwagi.
Czy jest to możliwe? Tak, na chwilę – a może tylko o te chwile chodzi?
Dziękuję za doczytanie artykułu do tego momentu.
Zapraszam do zapoznania się z moim nowym przedsięwzięciem – AMBASADOR MARKI ROBERT BANASIEWICZ

Samopolecajki
W tym miejscu kilka moich samopolecajek:
Napisz komentarz, żeby artykuły mogły żyć sobie życiem pełnym i nieustającym. Przewiń stronę i wpisz w okienku.
Dopisz się do newslettera, żebyś mógł otrzymywać nowe teksty, zanim inni o nich się dowiedzą. Niczego nie przegapisz. Przewiń stronę i dodaj swój e-mail do newslettera.
Wejdź na patronite.pl i zostań Patronem. Wiele moich projektów uda mi się realizować dzięki wsparciu ludzi. Wystarczy kliknąć baner poniżej.
A jeśli spodobało Ci się to, co napisałem i masz chęć postawić mi kawę bądź kawałek pizzy, nie powstrzymuj tej głębokiej potrzeby. Będzie mi także bardzo miło, jeśli zwyczajnie przybijesz piątkę. Kliknij przycisk Suppi.
Udostępnij ten tekst w swoich mediach społecznościowych.

No powiem, że artykuł trafiający w samo sedno moich różnych takich, bo moja głowa potrafi wytworzyć sobie taką wirówkę, że drzwi stają otworem dla lęku, braku poczucia bezpieczeństwa, bycia niewystarczającą. Dlatego wiem, że dla mnie myślenie (nadmiarowe) jest dokładnie tym, czym alkohol dla alkoholika. I choć na początku podchodziłam do rozwiązania z pewną dozą entuzjazmu, ale i dużą dawka sceptycyzmu a raczej braku całkowitej wiary w skuteczność, to dziś widzę ile dobra mi (!) dają narzędzia programu 12 kroków, i dziś rozumiem o co chodzi z tym „najpierw Bóg (taki jakim ja go rozumiem), potem drugi człowiek, potem ja”. I to mi pomaga. Pomaga wziąć oddech, pomaga wyjść z głowy i wcale nie umniejsza mnie. Wręcz przeciwnie. Nie wiem czy jest to możliwe całkiem wyjść ze swojej głowy, ale wiem, że ja mam narzędzia do zatrzymania wirówki i korzystam z nich.